Bezrobocie, inflacja, upadki firm,
oferty pracy są to słowa, które przewijają się praktycznie w każdych wiadomościach. Wciąż słyszymy o przedsiębiorstwach, które redukują zatrudnienie, ogłaszają bankructwo czy borykają się z problemem odzyskania należności finansowych od kontrahentów. Pomimo tych negatywnych informacji w Polsce istnieje i ma się dobrze pewna zadziwiająca sytuacja. W tej samej firmie Pan Iksiński zarabia 1000 zł, a jego kolega z pracy Pan Kowalski 10 000. Przesada? czy aby na pewno? Pracodawcy pomimo kryzysu, a może właśnie w szczególności podczas niego, nie mają żadnych oporów, aby tym na najniższych szczeblach zatrudnienia odebrać choćby część pieniędzy powołując się na wspomniane trudne czasy. W tym samym czasie pracujący u nich chociażby przedstawiciele handlowi, których rzadko kiedy można przecież zobaczyć w firmie, a tym samym skontrolować, czym się rzeczywiście zajmują, otrzymują wynagrodzenia w kwotach, które aż wstyd wymówić. Jak to możliwe? Właściciele przedsiębiorstw wiedząc, jaka jest sytuacja, wykorzystują ją, zdając sobie doskonale sprawę z faktu, że pracownicy najniższego szczebla, będą bali się utraty pracy, a w związku z tym, zgodzą się na wszystko, tym samym na obniżkę, często i tak minimalnego wynagrodzenia.
Na naszym rynku pracy dochodzi też do innego ewenementu. Nie bez kozery pracownicy umysłowi z przekąsem żartują, że nie tak łatwo zarobić przysłowiowy tysiąc złoty, ponieważ nie każdy może temu podołać: przecież do tego trzeba mieć wykształcenie wyższe. Niestety coś w tym jest. Bardzo często osoby, które poświęciły pięć kolejnych lat swojego życia na edukację, rozwój, liczyły, że w późniejszym czasie będą czerpać z tego profity, cieszyć się szacunkiem, czy uznaniem oraz pieniędzmi. Przecież państwo stawia na edukację i wykształconych ludzi, czyż nie? Niestety, okazuje się, że największy odsetek ludzi bezrobotnych stanowią ci z wykształceniem wyższym. Co więcej, jeżeli już nawet cieszą się zatrudnieniem, to nie mają już tylu powodów do radości z wynagrodzenia, bo to zazwyczaj jest najniższe. Mało który spawacz, cieśla, czy kucharz nie pracuje za mniej niż dwa tysiące złotych, za to nauczyciel, pracownik administracji jak najbardziej. Aż strach więc wyciągać konkluzję z powyższego i dochodzić do jakiś logicznych wniosków. Może więc przyjmijmy ze stoickim spokojem, że zarówno górnik, pracownik fizyczny i dyrektor handlowy są dla rozwoju gospodarki tak samo potrzebni. Miejmy również nadzieję, że już niedługo, bądź wciąż jeszcze, my sami będziemy należeć do tej grupy, której nikt wynagrodzenia nie zmniejszy, i która będzie miała za co pójść do kina a nie kupić jedynie chleb.